![[Obrazek: b9746e343c44de2bf941cde4be04c745.jpg]](https://i.pinimg.com/736x/b9/74/6e/b9746e343c44de2bf941cde4be04c745.jpg)
Święta u Traversów
Yule to dla Faye dość szczególny, chociaż niezbyt przyjemny czas. Niezbyt lubiana przez swoją rodzinę kobieta co roku spotyka się z chłodną niechęcią zarówno do swojej osoby, jak i do swojego entuzjazmu na temat okresu okołoświątecznego. W domu Traversów to zawsze było święto skromne, polegające na skromnym, acz uroczystym posiłku i wręczeniu po jednym upominku dla siebie nawzajem. Nie zapraszano dalszej i bliższej rodziny, nie przyozdabiano domu - według rodziców był to dzień taki, jak każdy inny, jednak ze względu na swoje dzieci przez lata próbowali podarować im trochę ciepła. Gdy dzieci stawały się coraz starsze, szczególnie bracia Faye, atmosfera robiła się coraz chłodniejsza. Wtedy właśnie Traversówna postanowiła sobie za punkt honoru, by przywrócić ciepło i radość do posiadłości rodziny.
Gdy wracała z Hogwartu, mniej więcej od 4 roku, zawsze ubierała się w pięknie obrzydliwe swetry, nosiła także kolorowe szaliki w barwach świąt. Z początku rodzina traktowała dziewczynę jako natrętną muchę, z czasem jednak nauczyli się tolerować jej dziwactwa. Faye każdy prezent starannie pakowała, a także pisała krótkie liściki, w których co roku dziękowała rodzicom i braciom za to, co dla niej zrobili w danym roku. Mimo iż odnosili się do niej z niechęcią, szczególnie że została przydzielona do Gryffindoru i ewidentnie odstawała usposobieniem od reszty, Faye po dziś dzień uważa, że swoim zachowaniem sprawia im co roku radość. Gdy opuściła Hogwart, zaczęła przyjeżdżać na święta do domu i przynosić pojedyncze ozdoby, takie jak jemioła czy bombki z różnych stron świata. Ozdoby co roku magicznie znikają z posiadłości rodziców, lecz kobieta się nie poddaje, a wręcz przeciwnie: zimą 1971 roku przytaszczyła do domu nawet choinkę, co spotkało się z ogromną awanturą. W końcu jednak rodzice ustąpili (bracia od dawna nie zjeżdżali regularnie do domu) i pozwolili jej zasadzić drzewko na zewnątrz, które z radością udekorowała. Tego samego roku chodziła cały dzień w opasce z rogami renifera, paskudnym sweterku i przywiozła rodzicom aż trzy prezenty dla każdego. Sama, klasycznie, dostała ciepłe skarpety, bez żadnego wzorku, za to z niegryzącej wełny. Całą kolekcję skarpet ma do dzisiaj u siebie w Dolinie Godryka.
Traversówna po odświętnej kolacji spędza czas z rodziną, jednak następnego dnia znika - przenosi się do Anglii i tam świętuje, szlajając się po knajpach, śpiewając pijackie, świąteczne piosenki i pochłaniając ogromne ilości świątecznych potraw, których nie ma w domu. Na tydzień przed świętami zawsze wysyła drobne upominki do swoich przyjaciół.
![[Obrazek: ca9253f39dff67624355cfd09833d174.jpg]](https://i.pinimg.com/736x/ca/92/53/ca9253f39dff67624355cfd09833d174.jpg)
Święta u Faye
Ponieważ w domu nie ma typowo świątecznej atmosfery, kobieta dostaje pierdolca na punkcie ozdabiania mieszkania, w którym aktualnie przebywa. W salonie zawsze znajduje się choinka w doniczce, która ozdobiona jest horrendalną ilością kolorowych ozdób, światełek i innych pierdół. Kocha wszelkie durnostojki, które wyciąga już na początku grudnia i ustawia je na półkach. Uwielbia wieńce, własnoręcznie plecione z gałęzi drzew iglastych. Co więcej: gdy dostaje od kogoś prezent, pakuje go w świąteczny papier i wkłada pod choinkę, by w dniu świąt móc go odpakować i poczuć się tak, jak powinna poczuć się we własnym, rodzinnym domu. Nawet jeżeli wie, co znajduje się w pudełku, otwiera je w dniu świąt i zachowuje się tak, jakby właśnie go dostała i była to największa niespodzianka w jej życiu. Zamawia także z okolicznych knajp świąteczne potrawy, oczywiście z mięsem bo jak to tak bez mięsa, i spożywa posiłek przy otwartym oknie, słuchając piosenek, które śpiewają dzieciaki w swoich domach.
That's why it's fun.
Dla Yaxley Yule wiązało się zawsze z powrotem do rodzinnych stron. Spędzała święta ze swoją rodziną. Organizowali polowania w okolicznych lasach, a później przez jakiś tydzień świętowali Yule. Było to spotkanie, które ciężko było liczyć w dniach, bo zlewało się w jedno. Wiązało się z siedzeniem całą rodziną przy kominku, przygotowywaniem zwierzyny, którą udało im się upolować oraz ogromną ilością grzańca wypitego przy okazji.
Geraldine lubiła w ten sposób spędzać Yule. Wydawało jej się to słuszne - taki huczne obchodzenie tego święta. Nie miała problemu z tym, że zaczynała się gubić w czasie i przestrzeni. Było raczej miło. Każdy mógł znaleźć dla siebie jakieś zajęcie i poczuć się potrzebnym, a przy okazji zacieśnić więzy z innymi członkami rodziny.
Wiadomo - czasem dochodziło do spięć. Szczególnie między nią, a matką, ale aktualnie pamięta raczej te przyjemne chwile, wspólne śpiewanie przy kominku, czy hektolitry wypitego alkoholu. Do dzisiaj ma sentyment do grzańca, bo kojarzy jej się z rodzinnym domem. Nigdy nie czuła się wyobcowana. Tradycją u nich było również dawanie sobie prezentów - każdy losował innego członka rodziny, którego musiał czymś obdarować, czasem sprawiało to problem, a czasem było bardzo proste.
Zawsze wracała ze szkoły na święta, nie mogła się doczekać tego czasu, który miała spędzić z rodziną. Byli ze sobą bardzo zżyci, zresztą do dzisiaj tak jest - to też się nie zmieniło mimo tego, że Geraldine ma już prawie trzydzieści lat. Zawsze czekają na to, aż się pojawi w domu, chociaż nie do końca jest jej po drodze, nie za każdym razem ma czas na ti, aby zjawić się w domu, nad czym ubolewa, bo ten moment w roku wydawał jej się być bardzo beztroski.
Ma wiele wspomnień związanych z tym czasem, najmniej przyjemne - chciała dostać pluszaka, który wyglądał jak rogogon węgierski, a dostała smoka walijskiego ogniomiota, najbardziej przyjemne - to chyba będzie to przyjęcie, na którym spotkała Ambroisa i udawali parę, wtedy wszystko wydawało się być takie beztroskie.
Aktualnie? Chętnie wraca do domu rodzinnego na Yule, tyle, że nie zawsze ma na to czas. Może nie przykłada ogromnej wagi do tego, aby odmienić swoje mieszkanie na te święta, ale zaczęła pić grzane wino od początku grudnia, a nawet je przygotowywać, co jest dla niej sporym wyczynem.
Or do you love being looked at?
Każda rodzina ma swoje tradycje. Rodzina Prewett również je posiada.
Dla Laurenta Yule zazwyczaj trwa kilka dni przed samym wydarzeniem. Albo i nawet tygodnie. Przygotowania do wielkiego celebrowania w Keswick zawsze skłaniały go do angażowania się. Wszystko po to, by zobaczyć uznanie w oczach rodziców. Była też ta przyjemna część - kupowanie prezentów, wybieranie dekoracji, choć co do nich najwięcej miała i tak zazwyczaj do powiedzenia Aydaya. Bardzo lubił wysyłać do znajomych listy na zdobionych kartkach sprzedawanych przy okazji tego święta - jednak wraz z dorosłym życiem zabrakło na to nieco czasu. Zawsze starannie przygotowuje swój strój na tę okazję.
Nie tylko Keswick człowiek żyje, gdzie Laurent zawsze jedzie na główną biesiadę. Swój dom też zwykły dekorować, chociaż o wiele delikatniej. Byle tylko poczuć klimat święta, za którym naprawdę przepada. Odwiedza zawsze Bulstrodów, by złożyć im życzenia - nigdy nie może odżałować, że Florence nie daje się namówić na przyjście do Keswick, ale doskonale to rozumie i nie nalega.
Jak zostało wspomniane - Yule spędza w rodzinnych stronach. Razem z matką i ojcem wita gości, zajmuje się dopilnowywaniem, by na tej dużej uroczystości niczego nie brakowało. Zabawia gości. Pilnuje, aby każdy zapalił swoją świecę na środku stołu - nie jest w tym sam, jest rzecz jasna jeszcze służba, ale Edward (jego ojciec) ma to do siebie, że lubi wszystkiego dopilnować samemu, albo kiedy pilnuje tego jego rodzina. Inaczej nic nie jest zrobione dobrze.
Jego ulubioną tradycją jest obdarowywanie podarunkami - zawsze poświęca temu dużo czasu zastanawiając się, jak dobrać najlepsze prezenty dla najbliższych. Lubi rozmowy przy rodzinnym stole, ale zazwyczaj wymaga to od niego nadmiernego aż wysiłku - czuje się w konieczności rozwiązywanie konfliktów, których zazwyczaj rozwiązać się nie da, bo są wynikami albo tak sprzecznych charakterów, albo lat sprzeczek, że przerasta to jego możliwości. Dlatego bardzo chętnie w końcu zamyka się w mniejszych rodzinnym gronie osób, które naprawdę kocha. Czego za to definitywnie nie lubi to zwyczaju wychodzenia na zewnątrz w celu rozpalenia ogniska. Jest zimno, często pada, trzeba się ubrać, potem rozebrać...
Na koniec chętnie bierze odpowiedzialność czuwania przy kominku. Szczególnie, że zazwyczaj nie zostaje sam. Robi się naprawdę cicho i przytulnie i tak naprawdę... dopiero wtedy ma poczucie, że nadeszły prawdziwe święta, na które czekał.
![[Obrazek: d2fec19202b6302aaa3f73a2e07413cc.jpg]](https://i.pinimg.com/736x/d2/fe/c1/d2fec19202b6302aaa3f73a2e07413cc.jpg)
Choć dla większości Yule mogłoby kojarzyć się z ciepłą i świąteczną atmosferą, Daphne prędzej odczuwała kotłowanie w brzuchu i nerwowe ciarki na plecach. Co roku na ten czas wracała z Hogwartu do domu, żeby wspólnie z rodziną celebrować ten wyjątkowy dzień. Oczywiście pozornie wszystko było idealne. Suto zastawiony stół, pięknie rozwieszone (lub lewitujące) ozdoby wykonane z wiecznie zielonych roślin. Wystrój wykonany ze smakiem, bez przesady i upychania czegokolwiek jak leci, zamiast tego była w nim nutka elegancji, ale na tyle by nie przytłaczała nikogo. Obiektywnie, dom miał ten świąteczny szlif, a zapach pierników oraz igliwia niósł się po korytarzach.
Sama Daphne nie czuła tego wszystkiego w ten sposób. Święta kojarzyły się z przesłuchaniem jakie musiała przejść przy stole. Zamiast cieszyć się wspaniałymi wypiekami i dobrym posiłkiem, musiała wysłuchiwać, że nie jest wystarczająco dobra. Że przynosi wstyd rodzinie, że nic dziwnego że nie trafiła do krukonów, skoro ledwo sobie radzi w szkole. Nawet drobne sukcesy, postępy jakie dokonywała, wszystko było traktowane jako niewystarczające, w końcu płynie w niej szlachetna krew Parkinsonów i nie godzi się, żeby ktoś taki miał tak cienkie oceny w szkole, że jeśli nie weźmie się za siebie to skończy na Nokturnie i nikt jej nie pomoże. Co roku takie kazanie kończyło się tym, że Daphne przepłakiwała resztę wieczoru sama w pokoju. Nie chciała żeby ktoś ją widział w takim stanie, choć czuła z roku na rok, że nie czeka jej nic dobrego. Nie była tak utalentowana jak siostry, nic dziwnego że matka chciała by chociaż dociągnęła do ich poziomu. Natomiast od czasu, kiedy zaczęła pracować, musiała wysłuchiwać, że to wszystko zawdzięcza rodzicielce oraz jej koneksjom. Stopniowo zobojętniała na te docinki, chociaż nadal nie spływają po niej jak po kaczce.
Jako prezent świąteczny ze strony rodziców mogła spodziewać się średnio trafionych upominków. Matka dawała zawsze jakąś książkę, zazwyczaj droższą i rzadszą niż zwykło się o nich myśleć, ale były często daleko poza młodzieńczymi zainteresowaniami Daphne. Ojciec dawał szkatułkę wypełnioną różnymi fiolkami i specyfikami, często mylnie podpisanymi przez co korzystanie z mikstur prawie zawsze wiązało się z niespodziewanymi efektami. Starsze siostry od czasu kiedy zaczęły pracę, dawały dużo bardziej trafione prezenty. Czasami wspólnie uzgadniały co takiego powinno znaleźć się pod choinką, żeby każda z nich mogła poczuć magię tego czasu. Dzięki temu wspierają się wzajemnie i sprawiają, że święta są po prostu lepsze i znośniejsze.
Alfred stawiał przed zamkniętym w flaszencję dwa kieliszki, do których oczywiście od razu polewał. Życzył jak najlepiej, pijąc ze swojego kielicha, po czym kreślił z trunku z kieliszka denata krąg wokół jego przedmiotu przetrzymywania. Czy miało to w sobie jakąkolwiek moc? Pojęcia nie miał, ale raz tak zrobił trzydzieści lat temu niesiony chwilą i tak już zostało. Dopiero po tym wypiciu jednego na drogę wypuszczał duszę, które o dziwo zawsze chętnie znikały pod osłoną gwiaździstej nocy. Raz czy dwa taki jegomość zostawał na dłużej, ale to tylko po to, żeby poprosić o kielona więcej, na odwagę. Kimże był, żeby odmówić? W końcu pogodzenie się ze swoją własną śmiercią na pewno wymagało ogromnych jej pokładów.
Na tym właśnie spędza od godziny do całej nocy, w zależności od tego, ile się tego tałatajstwa przez miesiące nazbierało, a potem zasypia pod dzikim niebem. Często opisuje to jako "najlepszy sen roku". Zaraz po pobudce rusza w wędrówkę z powrotem na Nokturn, niczym gołąb do gniazda.
I tak oto mijają mu całe święta.
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
Szarość i burość ulic przykryta jest śniegiem. Ale w Londynie nie zawsze widzisz tylko tę biel. Głównie widzisz żółty śnieg obszczany przez ludzi, gówno psie na chodnikach i zgniłe żarcie, którym ktoś nie trafił do śmietnika. Zima i Yule mają jedną zaletą - na Nokturnie przestaje tak jebać. Doraźnie znajdujesz zamarzniętego żula, któremu nie udało się rozpalić swojego koksownika. O, właśnie - jeszcze one! Magiczne płomienie, co buchają to tu, to tam i duszący dym z kominów sprawiający, że biel to przeżytek. W nocy zaczyna królować szarość.
Czarodzieje mają różne tradycje, ale Yule jest specyficzne. Zrzesza rodzinę. Dla Sauriela też jest specyficzne, bo to ten dzień, w którym stwierdza, że on rodziny nie ma. I wybywa ze swojego domu, zostawiając wątpliwie szczęśliwą rodzinkę, żeby się włóczyć po mieście. Zawsze podobała mu się choinka na Pokątnej. W Yule lubił do niej przychodzić i patrzeć, jak jej blask napawa ludzi czymś wyjątkowym. Nadzieją. Niemal tak, jakby on sam mógł ją poczuć.
inspo na choinkę dla ciebie
Kiedy się dorobił własnej menelni na Ścieżkach to w końcu mógł nawet zainwestować w dekorację. Proces ubierania choinki jest w końcu bardzo ważny, dlatego Sauriel wkłada w to swoje serce. Nie liczy się w końcu wielkość, liczy się jakość! Tak mówią nadal wszyscy jego znajomi, których dziewczyna zostawiła dla ich kumpla, bo tamten jest lepszy w łóżku. Więc w jego melince musiała być choinka. Albo we własnym pokoju. Sęk w tym, że do swojej meliny mógł w ten piękny dzień Yule przyjść, usiąść obok choinki, postawić jej napełnioną (do połowy) szklankę whiskey, a samemu pić swoją. Znakomity towarzysz! Ludzie coś mówią, że chyba sosna, czy tam świerk... równie dobrze dla niego może być dębem. Zdobyczna z okolicznego parku, albo resztek na targu, bo przecież nie będzie, jak debil, wydawał na zielonego chabzia, który i tak zaraz zdechnie.
sztuka
Ostatecznie liczy się sztuka, dlatego zwycięzcy i szczęśliwcy mogą czasem zobaczyć ślady znudzenia w trakcie trwania Yule pana Rookwooda. Zazwyczaj objawia się ona w niewybrednych napisanch na śniegu, ale najczęściej - właśnie w tej sztuce! Lepienie bałwanów to doskonałe zajęcie. A w sztuce, jak wiadomo, liczy się przesłanie! Szczególnie, kiedy jesteś Śmierciożercą.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
some women are built from it
Rodzice nie wyobrażali sobie nigdy, by którakolwiek z córek miała zostać na święta w Hogwarcie – zawsze więc grzecznie wracały do domu, na wspólne świętowanie. Pierwsze dwa lata Victoria cieszyła się ogromnie, że zobaczy się z siostrami, później… Starała się robić wszystko, by atmosfera podczas świąt nie była grobowa, o co nie było tak prosto, mając Isabellę Lestrange za matkę, która miała (i nadal ma) bardzo wysokie wymagania do swoich latorośli.
W kwestii wystroju, dekoracji w domu czy świątecznej atmosfery – wszystko zawsze jest dopięte na ostatni guzik: piękna, wielka, przystrojona choinka, pod którą rankiem w dzień Yule przygotowane są prezenty dla całej rodziny. Świąteczne dekoracje, zawsze gustownie przystrojony salon i inne pokoje w domu, nawet kominek i pomieszczenie, które jest przeznaczone dla skrzatów domowych i, prawdę mówiąc, Victoria zawsze chętnie brała udział w przygotowaniach do święta, zajmując się przystrajaniem domu czy choinki. W całym domu pachnie świątecznymi potrawami i wypiekami – a na ich myśl, Victoria zwykle nie może się doczekać świąt. Rodzina zbiera się na wspólny posiłek, wręczane są prezenty, każdy jest ubrany odpowiednio do wagi wydarzenia, prowadzone są rozmowy… I to rozmowy są zwykle kością niezgody, która mąci spokojem rodziny. Ojciec stara się podtrzymać miłą atmosferę, zagaja o rzeczy neutralne i Victoria stara się robić to samo, wciągając w rozmowę z resztą rodziny, odraczając ten moment, kiedy ich matka zacznie wyrażać swoje opinie. A te prędzej czy później wypływają – kiedyś były to pytania o oceny w szkole, teraz o wyniki w pracy, tematy o sytuacji politycznej, o mugolach i mugolakach i inne kontrowersyjne (a może wcale nie, biorąc pod uwagę nazwisko) tematy. Sytuacja przy stole zwykle prędzej czy później staje się napięta, a Victoria stara się przekierować temat, by matka zbyt mocno nie siadła na którąś z jej młodszych sióstr. Chociaż z pozoru jest to ładny obrazek – wewnątrz często te święta nie są do końca szczęśliwe. Nie, gdy któraś z sióstr po wszystkim płacze.
Kilka razy zdarzyło się, że obchody Yule świętowane było w głównej rezydencji rodu w Londynie, w większym gronie reszty rodziny.
Victoria uwielbia obdarowywać swoich bliskich i przyjaciół prezentami, a biorąc pod uwagę zasobność skrytki u Gringotta, nigdy nie patrzyła przy tym na cenę, starając się dopasować upominek do osoby jak najlepiej. Zdarzało się też, że po uroczystej kolacji w domu z rodziną, odwiedzała innych znajomych, to z nimi spędzając resztę wieczoru. Mimo wszystko zawsze cieszy się na święta, na ich atmosferę oraz… na śnieg.
Jej najskrytsze, świąteczne marzenie jest takie, by choć raz spędzili święta w rodzinnym gronie bez kłótni i wywierania presji na kimkolwiek. Chciałaby też kiedyś spędzić święta tak z rodziną i najbliższymi przyjaciółmi na raz, chociaż zdaje sobie sprawę, że jest to w zasadzie niemożliwe. Teraz gdy wyprowadziła się z domu rodzinnego, nadal planuje obchodzić Yule tak jak do tej pory, z tą różnicą, że dekorować będzie jeszcze swój własny dom. Ciekawe czy jej koty przemówią ludzkim głosem?
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
![[Obrazek: emBlyJm.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=emBlyJm.png)
Dla Anthony'ego Yule to jeden z najtrudniejszych okresów w roku z wielu powodów. Przez wzgląd na gęstą sieć kontaktów wypełnioną przyjaciółmi, dalszą rodziną, partnerami biznesowymi, współpracownikami i pracownikami, spędza bardzo dużo czasu aby każdy w tym okresie czuł się przez niego zauważony i doceniony. Osobiście wypisuje kartki, personalizuje drobne upominki, odbywa wszystkie niezbędne wizyty w okresie świątecznym, wypija toasty, lampki wina, kieliszki cherry, ciasteczka, czasem mleko... Niczym wychudzony Święty Mikołaj (choć z oczywistych względów jego płaszcz nigdy nie mógłby być czerwony) odwiedza wszystkie domy pozostawiając paczki, nigdzie jednak nie czując się jak u siebie.
Yule i cały grudzień to czas w którym musi nieustannie się konfrontować z faktem, że otoczony ogromem ludzi jest w gruncie rzeczy bardzo samotny.
Na kilka dni przed świętami uknuwa plan, w którym wymiguje się z dostarczonych zaproszeń w ten konkretny dzień, zarzekając się, że kto inny w tym czasie będzie go gościł. Najczęściej dodaje wymówkę bardzo dramatyczną, która zmusza go do podjęcia takiej, a nie innej decyzji. Tak aby nikomu nie było przykro, aby nikt nie czuł się wyróżniony, albo zignorowany. Gdy dopełnione są te dziwaczne rytuały wypracowane odkąd wrócił do kraju, w świątecznym dniu spędza najwięcej czasu w biurze, niczym Scrooge z Opowieści Wigilijnej, pilnując aby wszyscy pracownicy wyszli wcześniej spotkać się z rodziną i najbliższymi. Później, by nie wzbudzać podejrzeń, teleportuje się do Little Hangleton, które pozbawione jest jakichkolwiek świątecznych dekoracji. Zamiast uroczystej kolacji, wspólnego śpiewania i rozmów o polityce, Anthony wybiera się na długi spacer po lesie wisielców, przekonując sam siebie, że jest to kwestia wyboru i że tak jest dla niego zdrowiej. Po powrocie schodzi do podziemi, żeby jego domowy skrzat przypadkiem zbyt głośno nie utyskiwał na temat tej rutyny. Bierze ciepłą kąpiel w opustoszałej rekonstrukcji łazienki prefektów, a potem rusza do skarbca z butelką wina i niemym poklepywaniem się po ramionach, że udało mu się przetrwać kolejny rok bez konieczności udawania, że dla kogokolwiek jest tą najważniejszą osobą na świecie, bez której nie mogłyby się odbyć Święta.
Tak było łatwiej. Udawać, że to wieczór jak jeden z wielu i spłukać go w niepamięć swoim ulubionym winem.