• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna Plac i stragany [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny)

[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny)
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#251
04.06.2024, 14:02  ✶  
Z Verą, przy kole fortuny


— Mój mózg? Tysiąc dwieście pięćdziesiąt centymetrów sześciennych szarej, pofałdowanej, galarety — uśmiechnął się do niej jak Mona Lisa, tym drobnym drgnieniem, które próbuje rozczytać tak wielu badaczy obrazu, zrozumieć jego znaczenie. Tak rzadko ten uśmiech pojawiał się na twarzach mężczyzn. Zapewne mieli specjalne kategorie do badania jasnowidzów. — Przypomnij mi proszę, abym unikał przebywania z tobą w laboratoriach twojej komnaty.

I znów, ta chłopięca psotność wracała na jego twarz. Pomimo siwiejących skroni, miał w sobie coś, co stawało naprzeciwko upływowi czasu, niewidocznego na pierwszy rzut oka, dopiero w bliższym kontakcie, gdy zrzucał z siebie maskę poważnego urzędnika i naukowca, uwydatniając prawdziwy charakter. Już ona wiedziała, co mogli robić na stole laboratoryjnym i zdecydowanie nie wiązało się to z notowaniem dostrzeżonych przez nią różnic pomiędzy mózgami mugolaków i wróżbitów obdarzonych Trzecim Okiem.

Koło terkotało, kolejne kolory zmieniały się w barwną smugę, a on przyglądał się łopatce, która miała wyznaczyć jego nagrodę za ciężko zarobione w Departamencie Tajemnic galeony. W końcu obrócił się w stronę pani Travers, przyjrzał jej twarzy i odgarnął z jej czoła niesforny kosmyk włosów. Wyglądał, jakby chciał ją pocałować. Powiódł wzrokiem po jej twarzy, zatrzymał się na wyraźnie skrojonych wargach, które musiały smakować winem.

— Ponieważ miałbym najwięcej wyznawców. Zawsze, gdy ktoś wygrywa, ktoś inny przegrywa, a czasami zwycięstwo jest pyrrusowe. Każdy modli się o porażkę swojego wroga. Porażka boli, uwalnia wiele emocji, od dziecka po najstarsze osoby. Tyle energii — ostatnie słowa niemal szeptał do niej, prawie jakby rzeczywiście się modlił lub chciał uwierzyć w swoją ascendencję do innego planu istnienia i przeobrażenie w boga.

Nagle jego spojrzenie rozmyło się nieco, straciło na ostrości.

— Za chwilę zrobi się tutaj mały zjazd absolwentów Ravenclawu, podchodzi do nas Anthony Shafiq. Pamiętasz go? Był ze mną na roku, naczelny prefekt. Okazało się, że zna właściciela rezydencji, którą planuję kupić w Little Hangleton. — Odsunął się od niej na odpowiednią odległość i odebrał swoje fanty z losowania. Musiał później poczytać, co to było, ale widział jakiś eliksir. Chyba był to eliksir.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
Fanka kamieni szlachetnych
I'm addicted to shiny things
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Pierwsze co rzuca się w oczy to burza czarnych, kręconych włosów. Okalają jasną twarz usianą licznymi piegami. Osadzone w niej szarozielone oczy często mają w sobie psotną iskrę. Viorica ma 167 centymetrów wzrostu, jest lekko tu i tam zaokrąglona, co nadaje jej pewnego uroku. Zwykle ubrana w kolorowe, wygodne ubrania. Nie boi się krótkich sukienek czy większych dekoltów, choć do pracy zawsze stara ubierać się stosownie. Zwykle ma na sobie jakiś element biżuterii. Najczęściej wykonany właśnie przez nią, czasem ukradziony lub "pożyczony". Niemal zawsze ma krótkie paznokcie, jej pace często są przybrudzone od metalu, z którym pracuje. Czasem zdarza jej się nosić specjalny monokl, który ułatwia jej pracę z drobną i wymagającą powiększenia biżuterią. Ma przyjemny, słodki głos, zwykle chodzi przez świat pewnym krokiem i z uśmiechem na ustach. Często pachnie metalem i różanymi perfumami.

Viorica Zamfir
#252
04.06.2024, 16:38  ✶  
Południowe stragany - Biżuteria Viorici

Obsługuję Thomasa i Mabel, która dostaje gratis od firmy, rozmawiam z Cedriciem

Dla niej możliwość spotkania znajomych twarzy była raczej oczywistością przy prowadzeniu stoiska na tak obleganej, choć miała być niby skromna, imprezie. Tak naprawdę nawet się cieszyła, gdy mogła pogawędzić z osobami, z którymi przez codzienne obowiązki było ciężej się spotkać. Była zwierzęciem zdecydowanie socjalnym, lubującym się w otaczaniu innymi osobami.
Może dlatego nie dopatrywała się głębszego dna, gdy wparowywała w życie innych ludzi ze swoimi butami, choć mogła znać ich krótko, lub nie widzieć się z nimi całe lata. Wystarczyło jedynie okazać jej choć trochę sympatii. Oczywiście bywały wyjątki, dla których Vior miała swoje własne reguły, które miały ją chronić przed ewentualnym wpakowaniem się w coś, co mogło zaserwować jedynie cierpienie i zawód. Szybko zdobywała znajomości, ale gdy tylko wydawało jej się, że druga osoba może ją skrzywdzić, jeszcze szybciej je urywała.
Niewielu przetrwało więc u jej boku do dzisiejszego dnia.
Cedric należał do jednych z tych osób, które wydawały się nie mieć w sobie ani odrobiny złych intencji. To sprawiało, że czuła się w jego towarzystwie swobodnie, na tyle ile mogła otoczona woalem swoich kłamstw i tajemnic. A dodatkowo wydawał się o nią troszczyć.
Działało to na Vioricę jak światło na ćmę.
Nie miała w swoim życiu zbyt wiele osób, które postawiłby ją na pierwszym miejscu, nie licząc matki. Każdy więc podobny bezinteresowny gest wiele dla niej znaczył, choć sprawiał, że czuła się nieswojo.
- Nie jestem na razie głodna, spokojnie. Najwyżej później możemy coś zjeść razem. - Uśmiechnęła się, woląc nie mówić, że od wczoraj miała trudności z przełknięciem czegokolwiek. W ogóle wolała o tym nie myśleć, nie wspominać i skupić się na pracy, której było aż nadto. - Chyba, że ty masz na coś ochotę, wtedy możesz iść, nie będę cię zatrzymywać. - Dodała szybko, zdając sobie sprawę, że przecież Cedric stał tu z nią od rozpoczęcia jarmarku, a tak naprawdę robił to w ramach bezinteresownej pomocy, w swój wolny dzień, gdy może powinien spędzić ten czas ze swoją rodziną, czy po prostu dobrze się bawiąc. - Zaczęły się też występy, nie chcesz ich zobaczyć? - zapytała, uśmiechając się do potencjalnych klientów.
Chyba zaczynała mieć lekkie wyrzuty sumienia z powodu tej całej propozycji, którą wtedy do niego wysunęła.
Uniosła brwi, na jego wspomnienie o Atreusie, mając dziwne wrażenie, że znali go z zupełnie innych stron. Zaraz jednak się roześmiała, w duchu oddychając z ulgą, że Cedric raczej potraktował całą sprawę jak żarty, a nie nic poważnego.
- Trochę potrenujesz i dasz radę się na mnie odegrać. Choć, większość to i tak zwykłe szczęście. Nigdy nie wiesz, jakie karty trafisz. - Wiedziała o tym aż za dobrze i zbyt wiele razy dała się ponieść euforii wygranej. Szczególnie ze znającym brudne sztuczki Atreusem.
Uśmiechnęła się do młodej klientki, która widać miała mocno utarty gust. Przynajmniej w kwestii zwierząt i ich ludzkich odpowiedników.
Tak naprawdę nie czuła się zbyt pewnie przy dzieciach, choć miała wrażenie, że bliżej jej było do nich, nich tych wszystkich poważnych dorosłych, których mijała czasem ulicami.
- Hipopotamów nie mam, ale myślę, że labrador będzie pasował idealnie. - Mrugnęła do Thomasa. Zaczęła pakować wybrane przez młodą damę drobiazgi, po czym tknięta czymś wzięła jedną z cienkich opasek z listkami i założyła jej na głowę.
- Gratis od firmy za spore zakupy - Uśmiechnęła się szerzej, wiedząc, że pewnie reszta się na nią gapi.
Szczerze? Pomyślała o sobie w tym wieku i o swoich pierwszych skradzionych cukierkach i spinkach do włosów i zastanowiła się, co by było, gdyby choć raz ktoś po prostu coś jej dał. Stojąca przed nią dziewczynka na pewno nie miała takich problemów, a jednak.
Pewnie zamyśliłaby się nad tym bardziej, gdyby nie zamieszenie, którego byli świadkami. Słyszała jedynie to, co mówili odchodzący od miejsca zdarzenia przechodnie, gdy tłum zaczął zasłaniać jej widok, zmarszczyła jednak brwi. Chyba doszło do większego zamieszania.
- Mała nie, ale mam wrażenie, że tam się dzieje coś większego. - Pojawiła się niemal odruchowo myśl, że był to idealny moment do wykorzystania, by ukraść kilka sakiewek, szybko ją jednak odrzuciła, choć aż zaświerzbiało ją w rękach. - Nie wiem, czy to dobry pomysł, by dokładać kolejną osobę do afery, mrugnął mi mundur, więc chyba cała sprawa niedługo zostanie uciszona. Zresztą, gdyby potrzebowali medyka, myślę, że jakiegoś zaczęliby szukać. Coś czuję, że na następny sabat i tak będą musieli stworzyć jakieś zaplecze uzdrowicielskie, jak tak dalej pójdzie. - Westchnęła, wsłuchując się w lecącą ze straganów smutną piosenkę. Ciekawe, czy Crow pojawi się, po odbiór swoje zamówienia, przemknęło jej przez myśl.
Ruda Złośnica
Kto nie wie, dokąd zmierza, nigdy nigdzie nie dojdzie.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Długie, rozpuszczone, nieco niesforne włosy w kolorze rudym. Penny nigdy ich nie związuje. Twarz upstrzona licznymi piegami, na której zawsze widnieje uśmiech. Brązowe oczy. Sylwetka szczupła, a do tego około 165 cm wzrostu. Będąc blisko, można wyczuć delikatny, owocowo-kwiatowy zapach, w którym mieszają się ze sobą różne nuty - gruszka, irys, czarna porzeczka, kwiat pomarańczy...

Penny Weasley
#253
04.06.2024, 18:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.06.2024, 18:20 przez Penny Weasley.)  
Opuszczamy Strefę Gastronomiczną i ruszamy do Północnych Straganów

Ciężko było temu zaprzeczyć. Choć nie zawsze wyglądało to w ten sposób, to Penny rzeczywiście lubiła sobie pogadać. I często też do powiedzenia miała całkiem sporo. Jej ojciec kiedyś nawet w żartach zauważył, że powinna była zostać politykiem. Bo oni też dużo gadali. I bardzo często to co mówili, można było określić mianem kompletnej bzdury. Niestety, pomimo tego całego gadulstwa, Penny do polityki się nie nadawała wcale a wcale. Przede wszystkim dlatego, że nie bardzo potrafiła kłamać. A już na pewno daleko jej było pod tym względem do Terry'ego, który częściowo na tym właśnie zarabiał. Wciskał bajki klientkom, przekonanym że każda osoba nosząca nazwisko Trelawney musi być w stanie spojrzeć w przyszłość.

- Uhm. Przesadziłam? - otworzyła nieco szerzej oczy, spoglądając na Matthew, kiedy ten stwierdził, że przekazała mu bardzo dużo informacji. Zbyt dużo? Nie przeprosiła jednak za to mężczyzny. Przecież nie będzie go przepraszać za to, że była sobą. Po prostu przyjęła tę uwagę do wiadomości.

Rozmowa zaś popłynęła dalej już całkiem sama. Tym razem zamiast na rudej, skupiła się jednak na Matthew - na historii mężczyzny, który istnieć miał tylko kilka godzin. Wielka szkoda, bo Weasley zapewne bardzo chętnie przyczepiłaby się do kogoś takiego na dłużej. Nie dostrzegała w jego przypadku nic, co byłoby alarmującym. Wzbudziłoby z jej strony jakiekolwiek wątpliwości co do jego osoby.

- To bardziej pośrednictwo czy wasze własne produkty? - dopytała, nawet nie podejrzewając, że wszystko było wymyślane na kolanie. A nawet nie na kolanie, bo przecież Matthew nie miał jak przykucnąć, umieścić na tym kolanie kartki i zapisać sobie na tej kartce to, co jej właśnie wciskał. Może więc bardziej odpowiednim stwierdzeniem będzie: powstawało na kiermaszu.

Lekko się zaczerwieniła, kiedy padła uwaga dotycząca jej gadulstwa. Bo i jak inaczej miała odebrać słowa swojego towarzysza? Może powinna się trochę bardziej kontrolować? W kontekście tego co i jak dużo mówiła?

- Rodzice oczekiwali, że wrócę po szkole do Doliny Godryka, ale niekoniecznie mnie to interesowało. - przyznała, tym razem jednak nie rozwijając tej informacji jakoś bardziej. Ograniczyła się do tych kilku słów. W dodatku wypowiedzianych nieco ciszej. I chyba nawet trochę jej się odechciało teraz ruszać na poszukiwania tego całego stoiska z winem. Zwłaszcza, kiedy Matthew w dość bezpośredni sposób jej zarzucił, że wymogłaby na nim swoje, gdyby okazało się, iż ma ochotę na coś zupełnie innego.

Mimo wszystko nie zrezygnowała z odwiedzin rodzinnego stoiska, choć po drodze do niego, była znacznie bardziej milcząca niż wcześniej. Nie zadawała kolejnych pytań, nie opowiadała kolejnych bzdur. Po prostu szła, rozglądając się dokoła. Szukając właściwego miejsca. Jeśli Matthew ją o coś zapytał, to oczywiście odpowiedziała - zdawkowo.

Wreszcie, ze strony jednego z licznych stoisk, dało się usłyszeć dość entuzjastyczne nawoływanie.

- Penny, Penny, tutaj! - padło ze strony jasnowłosej, młodej dziewczyny, która wymachiwała w ich kierunku rękoma. Dziewczyny, która nie była dużo starsza od Weasley. Stała za stoiskiem Abbottów, zapewne pomagając dwóm innym jego pracownikom. Albo właścicielom?

Penny na jej widok uśmiechnęła się szeroko. Wydawała się naprawdę z tego spotkania zadowolona. Dziewczyny musiały dobrze się znać i ze sobą trzymać.

- Emily! Myślałam, że już was nie znajdę! - zareagowała, podchodząc bliżej. Choć nie było to proste, zwłaszcza że oddzielał je stół, zastawiony różnymi produktami, które oferowało stoisko, zdołały się nawet wyściskać!

Kiedy Penny się cofnęła, rzuciła okiem na wszystkie te dobrocie. Można było dostać kawałek pysznej szarlotki, zakupić domowej roboty dżem, sok jabłkowy, wiele innych przetworów... a wśród nich także wspomniane wcześniej przez Penny wino! Abbottowie nie sprzedawali go jednak ludziom, którzy pierw nie spróbowali tego jednego kieliszka. Bo i w kieliszkach przeprowadzano degustacje.

- Przecież mówiłam Ci, gdzie będziemy! - zaśmiała się z tej nieporadności rudej, spoglądając przy okazji również na Matthew. - Widzę, że masz towarzystwo. Pewnie nie chcecie tracić tutaj zbyt dużo czasu... - czy coś sugerowała albo zakładała? Może tak, może wcale nie. - Możemy wam zaoferować ciasto, dżem, sok. Kieliszek wina, jeśli bylibyście zainteresowani. Jest naprawdę dobre. Wszystko na koszt firmy, a w zasadzie to mój.

entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#254
04.06.2024, 20:11  ✶  
odchodzę od Château des Dragons i idę do Magicznych Różności

Ambrosia odwróciła twarz kiedy zrobiła to Tahira, zwracając wzrok w stronę z którego uciekali ludzie. Nie poruszyła się jednak jakoś bardzo, jedyne prostując zamiast poddawać bezsensownej panice. Bo przecież nie było się czego bać. To tylko Hades, który dopadł Alexandra i teraz robił z nim porządek. Może innym razem pokusiłaby się o rozstawienie ich po kątach, ale teraz? Mimowolnie myślała o tym, że co jeśli brat znowu by jej przydzwonił, a przecież mógł to zrobić bez mrugnięcia okiem.

Uśmiechnęła się lekko do kobiety, bo jej żart był nawet zabawny. Nie pasowała do niego tylko mina, która świadczyła o tym że chyba brała tę sytuację na poważnie.
- Nie ma przed czym. To tylko mój brat. Ma dość wybuchowy temperament - mruknęła, łapiąc dłoń Tahiry drugą ręką, tak by odczepić ją od swojego nadgarstka i położyć jej na wnętrzu dłoni pokazywany przed chwilą kamyczek. - Jest twój, zatrzymaj go. Ja mam jeszcze parę spraw do załatwienia, ale wrócę później - obiecała jeszcze, zanim odwróciła się chcąc zainteresować czym innym w okolicy. Ale w tym momencie dopadł do niej Isaac. Do niego Ambrosia uśmiechnęła się niemal dobrotliwie. - Nie trzeba. To zamieszanie nawet nie jest takie straszne. Ale bawcie się dobrze - skinęła im głową, posyłając jeszcze wesoły uśmiech.

Sama postanowiła zakręcić się przy niedalekim stoisku, którym były Magiczne Różności. Nie miała w sumie niczego konkretnego w głowie, czego mogłaby u nich szukać, więc chwilowo skupiła się tylko na oglądaniu przygotowanych produktów.


she was a gentle
sort of horror
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#255
04.06.2024, 21:50  ✶  
Część I: Namioty za sceną
Fleamont staje się Edgem

Flynn zadzierał głowę, wpatrując się w swojego brata i słuchając wypowiedzi, która miała na zawsze odmienić to, w jaki sposób postrzegać będzie Jima Bella. Wariat, kompletny wariat, wszyscy to o nim wiedzieli, powinni go zamknąć w lecznicy, ale z jakiegoś powodu zamknęli go w cyrku, tylko ktoś zapomniał domknąć drzwiczki bezpiecznej klatki i wymykał się na zewnątrz. Łatwo było zgubić gdzieś po drodze myślenie o nim w pełni poważnie, a tu nagle mówił coś, co miało aż za dużo sensu, co rezonowało z jego duszą, jakby wszechświat chciał mu dobitnie przypomnieć o odsuniętym na dalszy plan znaczeniu słowa rodzina. Wielu było ludzi, których jako Crow chciał w jakiś sposób chronić. Zawdzięczało mu swoje życie dziesiątki wyrzutków i ludzi zagubionych, których nie byłby w stanie zabić za żadne skarby oferowane mu przez Fontaine. Wolał ją okłamywać i zwodzić, chociaż byli dla niego obcymi ludźmi. Skąd to się w nim wzięło? Stąd? Odwdzięczał się światu za to, że tych dwadzieścia parę lat temu Tully nie dał mu zdechnąć z głodu na brudnej i mokrej alejce, której nie potrafił wyrzucić ze swojej głowy do dzisiaj? Nie, nigdy nie odczuwał tego jak spłaty zadłużenia. On to nazywał byciem człowiekiem. Tę potrzebę naprawiania świata, uczynienia go odrobinę mniej okropnym, nie do zniesienia miejscem. I widział to - przerażenie w oczach każdego, kto wsiadał na pokład statku płynącego na Kontynent. Niedowierzanie, że za porażki, przekręty i złe decyzje, mogła czekać ich jakaś druga szansa, a nie cios nożem pod żebra. Nie potrafili tego zrozumieć. On nikomu innemu o tym nie mówił, bo nie potrafił pokazywać swoich słabości, ale kto go znał prawdziwie musiał wiedzieć - że ten chłopak wcale nie nadawał się na wielkiego i złego oprycha - był delikatny, rzewliwy, wzruszało go wiele rzeczy, do jakich się nie przyznawał i co najważniejsze - lubił być bohaterem, nawet jeżeli sam tego nie zauważał. Bo wychowali go bohaterowie.

- Otworzyłeś mi tym oczy na coś bardzo ważnego - przyznał z wielkim trudem, bo głos przyćmiła mu głęboka, ciążąca na nim tęsknota. - Dziękuję. - Podobało mu się to - jego anioł stróż. I chociaż faktycznie nie mogło go tutaj dzisiaj być, Flynn nie miał nawet jak powiedzieć mu, jak bardzo chciałby go tutaj dziś zobaczyć... taka nadzieja w nim zapłonęła, że gdziekolwiek teraz był, poczuje w ciele ciepło. Był w końcu tak samo ważny dla Edga, jak ważny był dla tego, który go wykreował. Dla mężczyzny zakładającego na wysmarowane czarnym cieniem oczy, czarną, ponurą maskę - niepasującą do wesołego i kolorowego kiermaszu, ale pomagającą mu się schować. Zza niej nikt nie widział, jak bardzo przerażony był każdym ruchem. Mógł stać się kimś innym, ale to nie miało znaczenia, prawda? Niezależnie od formy, jaką przyjmował, jego uczucia się nie zmieniały.

- Zaraz, co?! - Zawyło to dziecko, kiedy dotarło do niego, kogo właściwie widziało w tym namiocie. Kto... dał mu oblizanego wcześniej lizaka i szeleszcząc czarną peleryną, skierował swoje kroki w kierunku sceny. To jednak nie był jakiś zwykły frajer, to był The Edge!!


Część II: Scena i za sceną
Przygotowania do występu

Kiedy cyrkowcy w pośpiechu szykowali się do występu, wolontariusze gestami zaprosili bliżej osoby, które podniosły ręce.

- Idealnie trójka! - Niziutka dziewczyna zaklaskała w dłonie, zapraszając do siebie Norę, Laurenta i Peppę. Wprowadziła ich na scenę, a następnie sprowadziła z niej, ale tym zejściem, które prowadziło do odgrodzonej strefy. - Oh jak pięknie wyglądacie, jak się cieszę, że tu jesteście. Pani Noro!! - Cmoknęła powietrze. Figg mogła kojarzyć ją jako jedną ze swoich stałych klientek. - Słuchajcie, ja was muszę spryskać, żebyście nie zajęli się ogniem od rekwizytów, a później pójdziecie do mojej koleżanki Phillys - wskazała wam ją palcem - i dowiecie się więcej o swoich rolach. Wyjdziecie na scenę, odegracie to, najlepiej jak potraficie, a później zejdziecie tutaj, gdzie teraz stoimy. Tam o - wskazała palcem barierki - możecie bezpiecznie wyjść, nie przeciskając się niepotrzebnie przez tłum pod sceną.

To powiedziawszy, faktycznie spryskała ich jakąś substancją, wcześniej prosząc o zamknięcie oczu i ust. Po skierowaniu się do Phyllis usłyszeliście, że kolejność waszego wychodzenia na scenę będzie losowa, a ręce do zaklętego kapelusza wkładaliście w narzuconej przez nią kolejności. Pierwsza była Nora, która wylosowała szczura, druga Peppa, która wylosowała psa, a ostatni Laurent - jemu musiała przypaść ostatnia już karteczka i okazała się mieć obrazek kotka. Phillys przekazała wam kilka dodatkowych informacji na uszko. Niestety musieliście oglądać przedstawienie od boku, ale miało to swoje zalety - widzowie nie mogli tego zobaczyć, ale wy tak - Edga wychodzącego z namiotu z wypiętą piersią, idącego przed siebie tak dumnie, jakby nie topił się właśnie od tremy, zmierzającego w kierunku schodów i nagle... kompletnie wypadającego z roli, bo was zauważył.

- T-to jest ta trójka? - Zapytał wolontariuszki nieco nerwowo, a ona zmieszana pokiwała głową. - Cóż... - Podszedł do nich, żeby się chociaż przywitać. Wpierw z Norą, którą delikatnie objął ramieniem, później zrobił to samo z Laurentem, a na końcu pochylił się przed Peppą wystawiając rękę, żeby podała mu swoją dłoń. Jeżeli to zrobiła - pocałował jej wierzch. Jeżeli nie - skinął do niej głową i odszedł w swoją stronę. Odetchnął dwa razy i znów stał prosto. Miał nadzieję, że wyszedł na chłodnego. Nikt nie domyśli się, że po tym „cóż” nie dodał już nic, bo mu głos ugrzązł w gardle, prawda?


Część III: Scena
Początek występu

Pozafabularnym słowem wstępu: Edge tańczy do tej piosenki, a taniec w filmiku jest moją inspiracją do tego jak Edge tańczy i porusza się na scenie. Jeżeli ktoś ma problem z wyobrażeniem sobie takich występów (szczególnie że ja się na opisach ruchów i wykopów nie skupiam wcale, interesują mnie emocje), albo po prostu chce podłapać klimat - przed lekturą obejrzyjcie filmik.

Występy niesamowitego akrobaty, którego Londyn poznał pod pseudonimem The Edge, zawsze zawierały w sobie jakieś historie. Opowieści sprzedawały się przecież najlepiej - taniec, chociaż piękny i wzbudzał emocje, nie przywiązywał do siebie ludzi aż tak mocno jak idąca za nim opowieść, z której elementami mogli się utożsamić. Monotematyczność ciągnącego się w jego występach motywu miłości wynikała z dwóch rzeczy. Po pierwsze - Alexander ciągle narzekał na pieniądze, a miłość sprzedawała się najlepiej. Po drugie - nie było w tym mieście człowieka, który miłość odczuwałby intensywniej niż Flynn Bell. Miłość sterowała jego życiem, jego duszą, jego przeznaczeniem i sztuką, jaką tworzył (oczywiście gdyby go o to zapytać zapierałby się rękoma i nogami, że artystą nie jest) i pewnie każdym innym aspektem jego egzystencji.

Jego aura płonęła soczystą czerwienią. Pewnie by mu się spodobała - wielka szkoda, że nie mógł jej dostrzec. Odziany był jak zawsze w obcisłe czarne spodnie, bo w nich najlepiej było widać, jak dobrze potrafił się poruszać. On pozwalał muzyce płynąć przez swoje ciało - giętki jakby nie miał kości, pełny namiętności i erotyzmu, posiadający w sobie wiele sprzeczności - bo ociekał agresją i wrażliwością. A do tego przerażony jak nigdy wcześniej.

Pojawił się na deskach sceny wraz z pierwszymi nutami melodii lecącej z głośników, w chmurze dymu, wykonując delikatny piruet. Kilka pierwszych ruchów przy zaklętym lustrze, którego odgrywana przez niego postać wydawała się bać, były wstępem do przekazu, że główny bohater miał do siebie jakiś wielki żal. Wewnętrzną rozpacz próbował przekuć w różne zajęcia, ale czegokolwiek się chwytał... stawało w żywym ogniu. Unikanie goniących go zewsząd płomieni, które sam wzniecił, stawało się coraz bardziej męczące, ale kiedy muzyka ucichła, a on wykonywał powolne ruchy sugerujące, że powoli odpływa do swojego świata w ucieczce przed konsekwencjami - następuje wybuch. Muzyka wraca, przyspiesza, ale nie bardziej niż rytm bicia serca dającego akrobatyczne popisy Flynna. Jasnym staje się, że ten ogień zaczyna go pożerać - wcześniejszy taniec był ostrożną zabawą, ten staje się silnymi, zdecydowanymi ruchami człowieka igrającego z morderczym żywiołem, od wielu miesięcy kojarzącym się czarodziejom Londynu źle. Ogień ich przerażał, Bellowie dobrze to wiedzieli, ogień dający oczyszczenie stał się wrogiem po sabatach, na których ludzi dotknęło widmo śmierci.

Postać traci elementy, które ją wcześniej definiowały. Peleryna odlatuje, znika w niebycie. Biała koszula jest teraz poszarpana, zniszczona, rozpięta. Eksponuje wysmarowane czarną farbą ciało. Nie ma już miecza, z którym tu przyszła na scenę. Bo liczy się tylko ogień - płomienie, z którymi można tańczyć, przyciągające wzrok, tworzące nad Pokątną fantazyjne wzory, bo Fantasmagoria podeszła do tego z pompą - taneczny układ na kilkanaście sekund traci na znaczeniu, kiedy wszyscy zachwycają się niezwykłym widowiskiem, popisem człowieka, dotkniętego znamieniem klątwy. Szaleństwo postaci staje się coraz bardziej widoczne - Edge uśmiecha się szeroko, bujając się na boki jak ktoś rozbawiony czymś, czym nie powinien być rozbawiony. Tańczy dalej, ale jego ruchy stają się coraz bardziej nonszalanckie. Ten ogień już nie tylko zachęca do zabawy, staje się jego częścią, zaczyna go definiować.

Czy cokolwiek zdoła go uratować?

Oh każdy widz, który odwiedził niegdyś Fantasmagorię, wiedział, że mógł to zrobić jedynie pocałunek prawdziwej miłości. Pokątna płonęła, ale to był pożar kontrolowany, zabawo trwaj!


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#256
04.06.2024, 21:50  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.06.2024, 22:24 przez Lorraine Malfoy.)  
Południowe stragany

– Brawo, następnym razem możesz nie trzymać mamusi za rączkę – odezwała się szyderczo Lorraine, obdarzając towarzyszącego jej mężczyznę swym najpiękniejszym uśmiechem w chwilę po tym, jak otrząsnęła się po niespodziewanej teleportacji łącznej z dachu jednej z kamienic na uliczny bruk. Poklepała jednak Sauriela przyjaźnie po dłoni, zanim ten rozluźnił swój chwyt, w duchu dziękowała bowiem Matce, że ten nie chciał poćwiczyć salta w tył.

Bo to było tak:
No cho, pokażę ci coś romantycznego, będzie fajnie! Lorraine wysłuchała Sauriela z uprzejmym zainteresowaniem wymalowanym na twarzy, a potem, markując zamyślenie, uniosła palec do ust, i zatrzymała go tam, udając, że przedstawiona przez Czarnego Kota propozycja wymaga dłuższego namysłu. Czy to coś, to twoja skrytka w Gringottcie?, spytała podejrzliwie, ze śmiertelną powagą w głosie. A potem błysnęła drapieżnie zębami. Czy może twojego starego? Tak sobie wtedy pomyślała, ale nie powiedziała, bo nie była nastoletnim chłopcem Bandy Borgina, żeby wysługiwać się w każdej możliwej sytuacji tą ripostą.
No cho, pokażę ci coś romantycznego, będzie fajnie! Lorraine przewróciła oczami. Takie bajeczki, to sobie możesz Stanleyowi opowiadać. Tak sobie wtedy pomyślała, ale nie powiedziała, bo smutno było przypominać, że ich przyjaciel i wspólnik zarazem, na corocznym jarmarku z okazji święta Lammas się nie pojawi – chyba, że Lestrange się spręży, i zmieni Borginowską mordkę na odrobinę mniej zakazaną, ale pewnie też i mniej przystojną, coby ten nadmiernej uwagi na siebie nie zwracał – bo był poszukiwany przez cały Departament Przestrzegania Prawa, za winy realne (dostarczenie poczty) i urojone (morderstwo Greybacka).
No cho, pokażę ci coś romantycznego, będzie fajnie! Lorraine westchnęła słodko, i poddała się prośbie czającej się na dnie hipnotyzujących czarnych oczu Sauriela. Panorama Nokturnu jest dalece bardziej romantyczna, rzuciła wyniośle w stronę Rookwooda, z zainteresowaniem przyglądając się z góry dziwnej panice, której epicentrum zdawało się mieć miejsce przy jednym z południowych stoisk. Nic tak nie rozpala w kobiecie pożądania jak widok na slumsy kanał spływający fekaliami, tak sobie wtedy pomyślała, ale nie powiedziała, bo jeszcze by ją naprawdę zabrał na jakichś nokturński dach, w jakimś swoim porywie rycerskości, i potem musiała by się tłumaczyć Maeve, dlaczego znowu za sierściuchami się po dachach ugania na złamanie karku.

Lorraine sama zadała sobie to pytanie, kiedy razem z Saurielem (pardon, Lordem Ciemności) teleportowali się z tego dachu na łeb na szyję. Kiedy razem z Saurielem wyszli z zaułka, zaczęła rozglądać się po terenie jarmarku, próbując zorientować się, w to który to dokładnie punkt przeniósł ich Rookwood, porównując zagospodarowanie przestrzenne otoczenia z widokiem podziwianym chwilę wcześniej z kociej perspektywy.

– Zanim zdążysz obstawić zakład, który wygra – albo podwinąć portfel bukmacherowi – brygada uderzeniowa rozgoni całe towarzystwo – stwierdziła znudzonym tonem, kompletnie nieporuszona “naparzaniem się”. Niespecjalnie interesowały ją publiczne burdy, ale zamieszanie dopiero zaczynało wygasać, więc naturalnie zaciekawiła ją sytuacja.

Już chciała pociągnąć Rookwooda w tamtą stronę nagle, puchata, niebieska istotka, ni stąd ni zowąd wskoczyła w ramiona mężczyzny, i oboje na chwilę trochę zapomnieli o świecie dookoła, a przynajmniej Lorraine, która była zachwycona zwierzakiem, i jednocześnie nieco zatroskana, bo to niebieskie futerko musiało być chyba wynikiem jakiegoś nietrafionego czaru... Ale zaraz pojawiła się właścicielka zwierzaka.

Co za spotkanie, no proszę.

– To twój kot? – powtórzyła niewinnie po Victorii Lestrange. – To niebieskie pieścidełko, czy ten pospolity czarny dachowiec? Oba? A który nazywa się “Kwiatuszek”, a który “Sauriel”? – Lorraine bawiła się doskonale, a w jej głosie słychać było szczere rozbawienie. Kompletnie zignorowała ewentualne protesty Sauriela. – Dlaczego uciekasz swojej pani? – spytała z przyganą w głosie jednego i drugiego kota, nie czekając nawet na odpowiedź Victorii. – Życie ci niemiłe?

Błysnęła zębami w drapieżnym uśmiechu, a w jej głosie czaiła się ironiczna słodycz, dobrze znana Rookwoodowi: Lorraine lubiła prowokować, a choć bladych policzków Sauriela nie mógł pokryć pąsowy rumieniec, miło byłoby popatrzeć, jak się skręca w środku. Choć najbardziej zakłopotaną osobą wydała się teraz panna Lestrange, która przesyłała tutaj jakieś ostrzegawcze tony, jakby to była winna Lorraine, że nie umie upilnować swojego zoo. :gnije:

Nie miała wcześniej okazji przyjrzeć się Victorii Lestrange z bliska. Zimne, uważne spojrzenie Lorraine przesunęło się po twarzy pani auror, której zdjęcie często pojawiało się w gazetach, czy to w powiązaniu z Biurem Aurorów, czy w związku z matrymonialnymi ploteczkami.
A ten Sauriel to dalej żył z nią na kocią łapę, czy poszedł po rozum do głowy, i się ustatkował? Musiała zapytać Stanleya, bo od pana Narzeczonego-Nie-Narzeczonego niczego nie szło się dowiedzieć, choć kiedy pierwszy raz nazwisko Lestrange padło w rozmowie, zachował się w sposób, który zdradzał silne przywiązanie względem Victorii, a to w przypadku Rookwooda znaczyło więcej niż tysiąc słów.

Lorraine uśmiechnęła się do kobiety.

Lestrange nie miała na sobie umundurowania, czy to znaczy, że nie była dziś na służbie? Lorraine nie miała pewności, bo Atreusa w mundurze to widziała chyba tylko raz, jak już go dostał, bo resztę czasu latał z odznaką, a taki Alastor Moody to chyba munduru nie zdejmował, bo w takim wydaniu pojawił się nawet po godzinach w Necronomiconie.

– Victorio, wiesz może, o co to całe zamieszanie? – spytała Lorraine, podchodząc nieco bliżej do kobiety, tak, żeby stali w grupce, i mogli swobodnie rozmawiać, nie zważając na panujący dookoła rozgardiasz. Nie zamierzała przecież udawać, że jej nie zna. – Ktoś za ostro negocjował ceny dewocjonaliów?

Odwróciła się, gwałtownie zamiatając powietrze włosami, kiedy do jej uszu dotarła rozbrzmiewającą ze sceny muzyka. Występ cyrkowców tak wcześnie? Wspięła się na palce, by dostrzec jak najwięcej z majaczącej w oddali sceny, którą nieco zasłaniali jej zgromadzeni na kiermaszu ludzie. Jak pięknie, pomyślała, czując jak serce szybciej bije jej w piersi – był w tym występie pewien erotyzm, magnetyczne przyciąganie, jak w kompozycjach Degenhardta, bo nie potrafiła przez chwilę oderwać oczu od sceny – kiedy zachwycający The Edge tańczył, a wokół niego szalał ogień.


Yes, I am a master
Little love caster
Widmo z Biura
The end
Of the sane world of men
Now I question all that I have seen
Is this is a spectre or a dream
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Leon to czarodziej obdarzony przeciętnym wzrostem (179 cm) i przeciętnej budowie ciała. Ciemny brąz włosów tego czarodzieja kontrastuje z jego bladą i zimną skórą oraz niebieskimi tęczówkami. Ubiera się przeważnie w ciemne i stonowane kolory szat czarodzieja, choć często nosi wyłącznie mugolskie ubrania. Na pierwszy rzut oka może sprawiać wrażenie bardzo słabowitego, co ma związek z ciążącą na nim niczym klątwa chorobą genetyczną.

Leon Bletchley
#257
04.06.2024, 22:17  ✶  
Opuszczam Magiczne Różności i podchodzę do Stoiska Kowenu

Leon pochwycił palcami pokazywaną mu przez Tristana metkę, poznając w ten sposób cenę wybranej przez niego klamry. Po odebraniu przez Olivię zapłaty i schowaniu swoich rzeczy do torby, mógł ruszać dalej. Nie to, że nie chciał spędzić przy tym stoisku jeszcze trochę czasu, tylko nadciągnęli następni klienci. Na niego także czekały inne stragany, na które zamierzał przynajmniej rzucić okiem i najpewniej coś kupić.

— Nie będę odciągać was od nadciągających klientów. Podejdę do was później. — Poinformował swoją przyjaciółkę oraz jej chłopaka, do których podeszła zupełnie nieznana mu czarownica oraz Brenna, z którą jego drogi rozeszły się dawno temu. Po odejściu od Magicznych Różności podążył do najbliższego stoiska, którym okazało się Stoisko Kowenu.

Przystając przy tym straganie nie dało się nie wyczuć aury spokoju i skupienia. Przez parę chwil spoglądał na przemykające po zaczarowanym daszku obłoki. Nie zaskakiwał go oficjalny charakter tego stoiska.

Podchodząc do stoiska postanowił od razu powitać obsługującego ten stragan Sebastiana Macmillana, z którym jak dotąd utrzymywał relacje wyłącznie na zawodowej stopie, oraz pomagającego mu młodego kapłana.

— Witaj, Sebastianie. Dzień dobry. — Do starszego stażem egzorcysty skierował mniej formalne powitanie, niż na co dzień. Oficjalnie powitał wyłącznie jego pomocnika. — Zanim zacznę się rozglądać w poszukiwaniu czegoś dla siebie... duży macie ruch? — Postanowił zagadnąć z uprzejmej ciekawości.

W końcu postanowił zapoznać się z wystawionym na sprzedaż asortymentem. Czego tutaj nie było! Niektóre towary w ogóle go nie interesowały, inne natomiast wydawały mu się warte uwagi. Oglądał kolorowe zakładki i kalendarze. Powąchał także kilka świeczek. Zamierzał także obejrzeć wystawione na sprzedaż koszulki. Jeśli chodzi o swoją wiarę to skłania się ku wyższości natury nad człowiekiem, doskonale rozumiejąc mechanizmy kierujące tym światem oraz ku wierze w przeznaczenie.

Jak na razie wybrał dla siebie zakładki do książek (przedstawiającymi Stonehenge i Polanę Ognisk w Kniei Godryka). Zastanowił się nad tym, czy potrzebuje wiklinowego kosza i nowej książki kucharskiej. Zdecydowanie nie potrzebował, jednak trzymając ją w dłoni przypomniał sobie o tym, że Olivia wspominała mu kiedyś o swoim zamiarze opanowania sztuki kucharskiej. Mając to na uwadze zdecydował się dla niej zakupić Słodkie przepisy kapłanki Fantazji i Wielką księgę przysmaków kapłanki Fantazji. Dołożył zestaw świeczek z naturalnego pszczelego wosku oraz trzy koszulki oversize z następującymi nadrukami: W imię Pani Księżyca, Believer (n.) a person addicted to love i Lammas '72: Mój pierwszy sabat. Mnogość dokonanych przez niego zakupów będzie oznaczała zakupienie dodatkowej torby.

— Myślę, że to będzie już wszystko. Podliczysz mnie? Nie masz jakieś torby na zakupy? To wszystko nie zmieści się do mojej. — Pokazał całkiem przyzwoity stosik towarów, które zdecydował się zakupić.


@Olivia Quirke @Tristan Ward @Sebastian Macmillan
Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#258
04.06.2024, 22:52  ✶  
Południowe Stragany

Oo kotek jaki śliczny, ładny taki niebieeeskiii..! W jak szybkim tempie można stracić zainteresowanie kobietą? Nawet kiedy jest piekielnie piękną wiłą? Właśnie w takim. W tempie: kotek na horyzoncie. Rzecz jasna Sauriel był bardzo szanującym się postrachem Nokturnu i nigdy (NIGDY) by się nie odważył postawić swojej reputacji na szwank, ale niektóre rzeczy były instynktem. Jeśli ich nie zrobisz, to kurwa na bank umrzesz (a Rookwood się znał na umieraniu, umarł już przynajmniej raz). Taką rzeczą było głaskanie kota. To znaczy... tego kota na czterech łapach, bo w szerszej perspektywie głaskanie Sauriela groziło śmiercią przy nadmiernym nadużywaniu tego przywileju. Nie ważne! Ważna była wyciągnięta prawda: głaskanie = śmierć! ... czekaj, co?

Kocur wcale nie był taki chętny do zostawiania na rękach, chociaż był ewidentnie zdziwiony tym, że jakiś większy od niego Kot na niego skoczył i nie miał z nim szans w siłowej potyczce. Kiedy zaczął się szamotać bardziej to złapał go bez kozery za kark, żeby go unieruchomić i byłby go odłożył na bok, żeby sobie kicał dalej, kiedy usłyszał jakże znajomy głos, który od razu przywołał do siebie jego uwagę i wzrok.

- Victoria! - Rzadko kiedy zwracał się do niej po imieniu, to było właśnie to "rzadko kiedy". Miała minę nietęgą, albo skupioną? Zanim dobrze się nad tym zastanowić to ta mała żmija (zwana dalej Lorraine) zaczęła wyrzucać z siebie te mądrości. Sauriel poruszał ustami w bezgłośnym "ple ple ple", dojrzale przedrzeźniając koleżankę, kiedy podniósł się ze słowiańskiego przykuca (opanowanego od kolegów z nokturnowej mafii Legia Warszawa) i wyciągnął kocura w jej kierunku, żeby jej ślicznotkę oddać. - Nic sobie nie zrobił. - Zapewnił kobietę, bo wyglądała na zdenerwowaną. Być może ucieczką kota, a może tym, że po raz kolejny jest jakaś bójka na święcie. Dopiero wtedy zwrócił chmurny wzrok na Lorraine. Udało się jej, podkurwiła go i rzeczywiście coś się w nim przekręciło i coś próbowało zdechnąć - i chyba było to poczucie dobrego humoru. Gdyby oczy mogły zabijać... ale nie mogły. - Skleisz pizde czy to tobie życie niemiłe? - Zapytał w końcu grzecznie i kulturalnie, jak na dżentelmena przystało. Ale nawet słówkiem się nie zająknął ani nie zaprzeczał, ani nie bronił się przed tymi wszystkimi insynuacjami. Nawet w połowie nie był taki wkurwiony, jak potrafił bywać. Spiął się za to, oj tak. Dokładnie tak samo jak w ich pierwszym spotkaniu po latach, kiedy zeszło na pogawędkę o Victorii.

- Na pewno nie Śmierciożercy. - To miał być taki żarcik, ale właściwie... po jego wypowiedzeniu Sauriel już sam wiedział, że nie wyszedł. Może gdyby powiedział to z większym entuzjazmem, a nie pomrukiem, którego większość ludzi nie chciała słyszeć w ciemnych uliczkach to... MOŻE WTEDY. Niestety był tylko biednym, pokrzywdzonym sobą. Dobrym chłopakiem, ale pogubionym, jak to niektórzy miło o nim mówili. Sam jednak spojrzał na Victorię ciekaw mniejszej albo większej opowieści. A kiedy ta się skończyła... - Zajebiście, to teraz idziemy się nawpierdalać czegoś słodkiego. - Machnął zapraszająco ręką w kierunku Victorii.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#259
04.06.2024, 23:12  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.06.2024, 23:20 przez Anthony Shafiq.)  
Południowe stragany z Erikiem, a potem Koło Fortuny w rozmowie z Verą i Morpheusem. The Edge wyrażam podziw pod koniec.

Isaac pognał gdzieś do przodu, czyniąc najwyraźniej swoją dziennikarską powinność, aby być blisko tego, co może bardziej warte byłoby do opisania, aniżeli bójka pod stoiskiem ze świecami. Anthony nie obracał się do swojego rozmówcy, z którym przyjął spokojniejsze tempo, właściwe ich dawnym spacerom po deptakach Nicei czy Pragi. Wystarczy, że czuł jego obecność obok.

– Wydaje mi się, że nie ma sensu go trzymać na stażu. Widać, że pcha się do gazet, bezsprzecznie jest w swoim żywiole, nie sądzisz? – odwrócił się w końcu do Erika i podjął największe chyba w swoim życiu staranie, by następne słowa wypowiedzieć możliwie niezobowiązująco. – Wyglądasz na spiętego i zmęczonego. Pomyśl, że Morpheus jest tu i jakby co zobaczy wcześniej. – Umilkł bo jednak nie wiedział, czy Erik wie o tym jak jego wuj sprawnie przemieszcza się w czasie, manipulując nim pod swoje dyktando i rozdwajając się w miarę potrzeby. Jasnowidzenie musiało wystarczyć jako gwarant. Anthony był spokojny, bo wiedział, że Longbottom mógłby się cofnąć kilka godzin i ostrzec ich. Jeśli tego nie zrobił, to albo nic się nie stało, albo... cóż, był martwy, bo nie zdążył się przenieść. W drugim przypadku podejrzewał, że śmierć Morpheusa wiązałaby się również ze śmiercią wszystkich pozostałych... ów nihilizm był mimo wszystko dlań uwalniający. Jeśli miałyby być to jego ostatnie chwile... nie chciałby spędzić ich w innym towarzystwie. Starał się jednak nie gloryfikować, ani nawet wypowiadać tej drugiej opcji. Wręcz przeciwnie, wolał zapewniać niespokojne serce. Nawet jeśli mylnie interpretował powód tego niepokoju.

Wtedy też wyłapał z tłumu przy błyszczącym kole akuratnie Niewymownego wraz ze swoją koleżanką z pracy. – No, no... o wilku mowa a wilk... – kiwnął głową w kierunku, w którym wypatrzył starego przyjaciela z pewnym niedowierzaniem obmalowanym na twarzy. Zupełnie jakby ściągnął go myślami. W sumie była to całkiem niezła sposobność, by załatwić i inną aktywność przewidzianą na ten spend... Bydło jak powiedział przed momentem Hades, ale czy wśród bydła nie trafiały się szlachetniejsze osobniki takie jak Wagyu chociażby.
– Mogę go podpytać od razu, hmm? – uniósł pytająco brwi, a potem uśmiechnął się łagodnie, kładąc dłoń na ramieniu nieco wyższego mężczyzny. – Zaraz wrócę do Ciebie – obiecał, a potem zabrał z wyraźną niechęcią rękę i popijając własne wino odszedł w kierunku koła z loterią fantową, pozbywając się po drodze kubka.

Koło Fortuny

– Vera kochanie wyglądasz kwitnąco! Czy ten stary pryk się Tobie naprzykrza w jakikolwiek sposób? Mogę szybko go stąd przegonić! – przywitał kobietę jowialnie, obejmując ją serdecznie i całując po trzykroć policzki na modłę francuską. Zbyt często oboje pozwalali sobie na małe wypady do Paryża, by te serdeczności nie weszły im w krew. A ostatnia kanapa, którą przywieźli ze sobą była po prostu zjawiskowa. Morpheusa uraczył ledwie skinieniem głowy, starym nawykiem udawania, że wcale nie lubią się tak bardzo jak to miało miejsce w rzeczywistości, choć teraz, na tym "mini zjeździe" absolwentów, mógł pozwolić sobie na chwilę rozmowy.

– Jak się bawicie? Dlaczegoż to nie widziałem Was w filii Domu Smoka? Nie chcecie chociaż spróbować zeszłorocznego wina? Trochę się nie dziwie, tyle atrakcji ale – zniżył głos konspiracyjnie – dla kolegów ze szkolnej ławy, wino będzie spod lady. – Nagle wyprostował się i odwrócił z jeszcze szerszym i czarującym uśmiechem do obsługującej Koło: – Och, tak właśnie teraz moja kolej na losowanie, przyjaciele trzymali mi miejsce, dziękuję bardzo. – Czy bezczelnie wepchnął się do kolejki? Bardzo prawdopodobne. Czy temu uśmiechowi można było odmówić? Bardzo wątpliwe.

Zaraz po pierwszym losie jednak rozpoczął się występ i tak jak Anthony nie przepadał, wbrew słowom Morpheusa szykanującym jego zapędy do opanowania magii bezróżdżkowej, za cyrkiem per se, to ilość płomieni na estradzie go zafascynowała. Historia opowiadana ciałem nigdy nie należała do jego ulubionych form wypowiedzi artystycznych, bez względu na to czy chodziło o balet czy takie też właśnie teatry uliczne, ale grzechem byłoby odmówić tej inscenizacji kunsztu i całkiem dobrego pomysłu. Ciekaw był, co na ten temat być może w najbliższym czasie powie mu Lorraine, jeśli miała szanse w ogóle zobaczyć te popisy. – Gdzież to ja... a tak, drugi los?


królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#260
04.06.2024, 23:57  ✶  
Gdzieś za Południowymi Straganami

Rzeczywiście rzadko kiedy się tak do niej zwracał i za każdym razem zastanawiała się, co tym razem przeskrobała… Ale tym razem chyba nic? Bo jak by miała? Rzeczywiście nie była w mundurze aurora, choć nadal była w spodniach i koszuli, która aż za dobrze podkreślała jej figurę – cała na czarno, ale odznaki ani tego charakterystycznego paska z klamrą w kształcie litery M próżno było szukać.

– Nie widzę tu żadnego pospolitego czarnego dachowca – odparła, mierząc Lorraine wzrokiem, może nawet odrobinę wyzywającym. Och więc jednak… Jednak zrozumiała to tak, jak przypadkiem jej się powiedziało, chociaż akurat nie miała na myśli żadnego drugiego dna. – Kwiatuszek to Kwiatuszek, a Sauriel to Sauriel – dodała i wyciągnęła ręce po niebieskiego kota, chociaż przez moment jeszcze mierzyła blondynkę spojrzeniem. Wydawała się świetnie bawić, i tak… Wyglądało to tak, jakby próbowała ją sprowokować. Albo Sauriela? Albo oboje. Ale Sauriel był daleki od pospolitości i z pewnością nie chciał być nazywany Kwiatuszkiem… Chyba że chciał? Jeśli chciał, to znał zasady – wystarczyło powiedzieć. – A to jest Kwiatuszek – dodała i uśmiechnęła się uprzejmie do kobiety, odbierając od Sauriela kotka na ręce i przytuliła go do siebie (kotka…) delikatnie, gładząc niebieskie futro. Mówią, że najlepszą obroną jest atak, ale póki co po prostu spoglądała na Lorraine, a wyraz twarzy Victorii w moment pozbawiony został śladu emocji. Wyczuła w niej drapieżnika i nie zamierzała się przed nim odsłonić, dlatego, póki co zamierzała to ignorować… i obserwować. Nie dać się sprowokować… chociaż Lestrange też potrafiła kąsać. – To dobrze, biedactwo się wystraszył – wyjaśniła, póki co nie chowając kota do koszyka, który ciągle miała przy sobie, a trzymając go przy swojej piersi.

Nie zdążyła od razu odpowiedzieć Lorraine, która podeszła bliżej, na oko były podobnego wzrostu, to ich sylwetki znacznie się jednak różniły; Malfoy wydawała się być na pewien sposób eteryczna, trochę jak Sarah, Victoria zaś roztaczała wokół siebie zupełnie inny czar – zimno, które być może w bliższej odległości Lorraine była w stanie wyczuć.

– Nie, nie Śmierciożercy. Dużo gorzej – Lestrange skrzywiła się wyraźnie i na moment odwróciła głowę za siebie, spoglądając w kierunku, z którego właśnie przybiegła. Na scenie chyba właśnie zaczynał się pokaz, który chciała zobaczyć z bliska, ale najwyraźniej Matka miała dla niej inny plan – i była tutaj, nieco za straganami. – Dewocjonalia, ha – rzuciła i z powrotem zakotwiczyła swoje spojrzenie w Saurielu i Lorraine. To były małe gesty, ale na Sauriela nie patrzyła takim ciężkim spojrzeniem jak na półwilę. – Dewocjonalia… – powtórzyła, głośniej wypuściła powietrze przez nos, a w końcu się skrzywiła. Pieprzony Robert Mulciber chyba przeżywałby właśnie drugi atak serca, jeśli usłyszałby, że te zakazane i obelżywe świeczki, których wcale nie był autorem mogą być nazwane dewocjonaliami. – Jakby wam to… – Victoria miała wyraźny problem ubrać sytuację w słowa i to nie bez powodu. Miziała przy tym puchaty policzek kota, leciuteńko przekrzywiła głowę w stronę prawego ramienia, skrzywiła się raz jeszcze… – Atreus przywalił w mordę tego napuszonego szukającego jakiejś tam drużyny, z którym ostatnio pojedynkował się Louvain – wyrzuciła w końcu z siebie i wryła spojrzenie w Sauriela. – Świeczką. Przywalił mu w twarz świeczką, aż się odłamała… I była to świeczka od Mulciberów. Czekaj, potrzymaj – wcisnęła kota znowu w dłonie Sauriela, zupełnie bez pytania, po czym zanurkowała do swojej torebki, magicznie zaczarowanej, by pomieściła znacznie więcej, niż na to wyglądała i wyłowiła z niej, niczym prawdziwy wprawiony rybak, jedną ze świeczek, będącą przedmiotem sporu. A ją z kolei bezceremonialnie wcisnęła w dłoń Lorraine, po czym uśmiechnęła się niemalże złośliwie i zamrugała ciemnymi oczami. – Tego typu świeczką – tak wyglądała skala problemu. – Robert… Chyba Robert Mulciber – wlepiła znowu ślepia w Sauriela… czy to nie był ojciec Stanleya…? – Zaczął robić tam jakąś scenę z powodu tych świeczek, a potem chyba dostał ataku serca, ktoś wrzeszczał, żeby Notta mocniej bić, skądś pojawił się taki brygadzista, wielki byk, i też komuś dał w mordę, potem zleciał się Moody, potem ktoś się przewrócił, a potem nie wiem, bo Kwiatuszek się wystraszył i zwiał z koszyka – skrzywiła się znowu. – Mniej więcej to takie zamieszanie – samą Lorraine też znała… ze szkoły, z jednego domu, trzy lata niżej, ale ją kojarzyła. Na tym się ta znajomość kończyła, ale chociaż wiedziała, jak miała na imię. – Nie radzę tam teraz iść, pewnie się zleciało brygadzistów na służbie – dodała jeszcze i ponownie się odwróciła, ale machnięcie Sauriela zauważyła. Wzruszyła ramionami. Co prawda była już u Figgów, stamtąd przecież miała Kwiatuszka, ale jakoś w moment jej się odechciało łazić po straganach, równie dobrze mogła z nimi pójść „nawpierdolić się czegoś słodkiego”. Od czasu, gdy Sauriel w końcu dał się namówić, by próbował jednak jeść ludzkie żarcie, przejawiał chyba jakąś taką skłonność do słodyczy… Trochę jak ona, ale to była jego wina. Albo jego zasługa. – Jest tam stoisko Nory Figg. Od niej mam Kwiatuszka – rzuciła jeszcze.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alastor Moody (2811), Alexander Mulciber (4325), Ambrosia McKinnon (2308), Anthony Shafiq (13006), Asena Greyback (342), Atreus Bulstrode (6235), Augustus Rookwood (565), Bard Beedle (4738), Basilius Prewett (3993), Bertie Bott (3456), Brenna Longbottom (9044), Cameron Lupin (5396), Cathal Shafiq (1674), Cedric Lupin (6856), Celine Delacour (3526), Charles Mulciber (10002), Charlotte Kelly (291), Christopher Rosier (238), Dora Crawford (3056), Electra Prewett (1888), Erik Longbottom (10493), Eutierria (8599), Florence Bulstrode (5713), Geraldine Greengrass-Yaxley (3069), Guinevere McGonagall (2805), Hades McKinnon (2232), Heather Wood (4157), Isaac Bagshot (5008), Jagoda Brodzki (1208), Jessie Kelly (204), Jonathan Selwyn (4937), Laurent Prewett (20629), Leon Bletchley (5751), Leonard Mulciber (4181), Lorien Mulciber (11709), Lorraine Malfoy (3812), Lyssa Dolohov (6483), Mabel Figg (1776), Millie Moody (5575), Morpheus Longbottom (3877), Neil Enfer (6738), Nora Figg (2382), Olivia Quirke (5659), Penny Weasley (8907), Peppa Potter (1865), Perseus Black (947), Philip Nott (5342), Rabastan Lestrange (653), Ralitsa Zamfir (845), Richard Mulciber (12798), Robert Mulciber (6395), Sauriel Rookwood (10864), Sebastian Macmillan (6887), Sophie Mulciber (3225), Stanley Andrew Borgin (8303), The Edge (17219), The Lightbringer (5945), The Overseer (762), The Tempest (2037), Thomas Figg (2417), Thomas Hardwick (2127), Tristan Ward (5342), Ula Brzęczyszczykiewicz (1797), Vera Travers (2350), Victoria Lestrange (17246), Viorica Zamfir (7441)

Wątek zamknięty  Dodaj do kolejeczki 

Strony (88): « Wstecz 1 … 24 25 26 27 28 … 88 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa